Skocz do zawartości

Zborek Naturalnie

  • wpisów
    5
  • komentarzy
    18
  • wyświetleń
    39700

O blogu

Moje zabawy w pozbywanie się sztuczności z jedzenia, picia (w tym piwa), itp.

Wpisy na tym blogu

 

Sprzątanie lodówki, czyli "Warzywny Krambl"

Sprzątaniu lodówki z resztek bardzo dobrze sprzyja przygotowywanie jedzenia do pracy "na drugi dzień", czy jak kto woli "na lancz". Wczoraj coś mnie tchnęło i postanowiłem połączyć przyjemne z pożytecznym. A, że dostałem ułańskiej fantazji, to wyszło... dość ciekawie.   Jeżeli nie spotkaliście się dotychczas z angielskim/irlandzkim "crumble" to szybko wyjaśnię, że to nic innego jak owoce zapiekane pod słodką kruszonką. W przeciwieństwie do naszych tradycyjnych "placków" nie ma tam na spodzie ciasta. Po prostu wrzucany do foremki owoce (maliny, borówki, jabłka, itp. co kto lub lub aktualnie ma pod ręką), posypujemy kruszonką i zapiekamy. Efekt jest świetny.   Stety, niestety, tak się złożyło, że nie znalazłem w lodówce resztek owoców leśnych a głównie warzywa. A że przypomniałem sobie, że potomkowie Druidów robią krambla też na ostro, popełniłem co następuje. - dostępne warzywa pokroiłem w plastry, kostkę, co tam mi akurat wyszło (miałem: pomidory, cukinię, paprykę, cebulę, pieczarki) - dodałem trochę przecieru pomidorowego, żeby się na początku nie przypaliło - polałem oliwą, coby dodać smaku i zapachu - sypnąłem solą i pieprzem - ...i tyle na początek Wszystko zgrabnie zmieściło się w niewielkiej, głębokiej foremce i przykryte folią aluminiową wylądowało w piekarniku do uduszenia. Kiedy się udusiło i zapachniało warzywkami w całym domu, zdjąłem folię i przygotowaną wcześniej kruszonką posypałem całość. Po czym zapiekłem już trochę mocniej aż kruszonka się zrumieniła.   Acha, kruszonkę zrobiłem z mąki Gram (mąka z soczewicy, bodajże), oliwy i tymianku, dla aromatu.   Całość wyszła na prawdę fajna i smaczna, choć kruszonka się rozpadała (winię oliwę) i było jej trochę za dużo (winię siebie). Detale do dopracowania, ale generalnie polecam   Nie mogę się zdecydować jakie piwo było by do tego dobre, ale celowałbym w jakieś ciemne lekkie.   P.S. Na zdjęciu wyglądało toto niestety mało apetycznie, więc się zdjęciem nie podzielę.

zborek

zborek

 

Komentarze "Lepszych Połówek"

Zawsze mam ubaw, kiedy żona komentuje moje zabawy w warzenie. Do tego stopnia mi się to spodobało, że postanowiłem zebrać najlepsze moim zdaniem zwroty i się nimi podzielić.   W moim "Hall of Fame" jest na razie: - "... o, znowu będziesz gotował owsiankę?", - "... kiedy skończy się to lać z wiaderka do garnka?", - "... a ile to się jeszcze będzie kisić w tym wiaderku?".   Dla jasności, powyższe są zawsze wyrażane sympatycznie i ze zrozumienie, bez nutki złośliwości, czy nerwów. Kolejne, jak tylko się pojawią, będę tu dokładał.   Zapraszam Was do wrzucania w komentarze Waszych ulubionych tekstów popełnionych przez "Lepsze Połówki" (żony, mężów, itp.).   P.S. Na zdjęciu zawody w noszeniu żon, nie moje zdjęcie, ale kiedyś muszę wziąć w tym udział.

zborek

zborek

 

Szkółka Niedzielna czyli zabawa w mikro-warki - #1 A'la IPA

Mikro-warka... że co?   W przygodzie w "piwowarzenie" bardzo dobrze korzysta mi się z gotowych zestawów surowców. Zresztą warunki w bloku nie pozwalają na budowanie większej bazy surowców, nie mówiąc o ich regularnym przerobie (dla mnie wąskim gardłem jest składowanie butelek i tolerancja małżonki na "wiadro kiszące piwo" w kuchni). Jednocześnie bardzo chcę poeksperymentować, żeby lepiej zrozumieć i poczuć jaki wpływ na końcowy produkt mają poszczególne czynności. Stąd pomysł na mikro-warki.   Mikro-warka, w moim rozumieniu, to około pięć litrów, które spokojnie fermentują w niewielkim, szklanym baniaczku. Wiem, że wiele osób powie, że pracy mam tyle samo, co z dwudziestoma litrami a "urobek" mniejszy, ale jakoś mi to nie przeszkadza. Co więcej, taka mikro-warka ma kilka zasadniczych plusów: - mogę ją zrobić bez urządzania końca świata w kuchni, - nie żal mi będzie tego wylać, bo w końcu to tylko parę litrów, - dzięki szklanemu baniaczkowi mogę dokładnie obserwować co się z moją twórczością dzieje, - częściej mam przyjemność zacierania.   Pierwsza Szkółka Niedzielna   Niecałe trzy tygodnie temu zabrałem się więc za pierwszy eksperyment pod tytułem "zobaczę jak działa chmielenie na zimno". Nic specjalnego, żaden wyczyn. A że nie jestem fanem wielkiej goryczki, głównie byłem ciekawy aromatu. Kupiłem składniki jak na Pale Ale, z wyjątkiem chmielu, który zastąpiłem Citrą. Wziąłem ćwiartkę słodów potrzebną do 20-litrowej warki, zatarłem jak na Pale Ale, przefiltrowałem, pogotowałem z ćwiartką potrzebnej Citry i hop do baniaczka (miało toto około 10 Blg) z uwodnionymi drożdżami. Fermentacja pięknie ruszyła. Po tygodniu zlałem do drugiego baniaczka i dodałem kolejną porcję chmielu. Po kilkunastu minutach granulat się rozluźnił, ale wbrew temu co wyczytałem na forum nie chciał opaść na dno, tylko trzymał się kurczowo powierzchni (pewnie dwutlenek węgla go unosił). Na szczęście lekkie chwianie baniaczkiem załatwiło sprawę i większość chmielu w końcu wylądowała na dnie.   Baniaczek fermentował sobie cicho przez dwa tygodnie. Ostatecznie chmiel i tak został wywindowany dwutlenkiem węgla na powierzchnię, ale infekcji nie zaobserwowałem. Piwo spomiędzy chmielu na górze, a osadu na dole zlałem do butelek. Wyszło 8 sztuk, nieźle jak na śmieciowisko w balonie. Próba zielonego piwka wyszła bardzo pozytywnie. W aromacie wyczułem bardziej mango i ananasa niż cytrusy, ale zobaczymy co będzie jak całość się ułoży. Niestety, jak na szkółkę niedzielną przystało, coś musiałem spieprzyć i tym razem było to: - zassanie pojedynczych kawałeczków chmielu do butelek, cóż mam nadzieję, że nie popsują piwa, a na następny raz końcówka węża będzie owinięta siatką (o czym oczywiście przeczytałem wcześniej na forum, ale zapomniałem wdrożyć), - pomyłka w obliczaniu ilości chmielu, tak głupi błąd, że aż wstyd, do chmielenia na zimno poszło dwa razy więcej Citry niż planowałem, przez co piwo jest bardzo gorzkie, choć w ostateczności pijalne.   Nauka na przyszłość   - Nie robić obliczeń bez kawy/piwa, - chmiel do chmielenia na zimno pakować do siateczki i obciążać, jak mądrzejsi ode mnie napisali na forum (ja niestety sam muszę wszystko sprawdzić, nawet jeżeli grozi to błędem), - chmielenie na zimno już mi się podoba i muszę pobawić się innymi chmielami.   Kolejna szkółka niedzielna   Już niedługo, tym razem będzie prościej, chcę sprawdzić jak smakuje cienkusz 10 Blg na zasypie z samego pilzneńskiego z odrobiną goryczki, niestety fermentacja będzie górna ze względu na okoliczności lokalowe. Cienkusz będzie porównywany z zestawowym Pale Ale, chcę na własnej skórze poczuć co daje słód karmelowy dodawany w Pale Ale do pilzneńskiego.

zborek

zborek

 

Pierwszy w życiu Witbier - warka #10

Podjąłem się w weekend Witbier-a. A ponieważ fermentor bulgocze w kuchni, to mogę śmiało powiedzieć, że jakiś tam sukces odniosłem. Ale po kolei...   Nie wiem jak Wy, ale ja swojego pierwszego Wit-a wypiłem około 7 lat temu w Wiedniu. Wtedy pomyślałem sobie, że "fajne takie pszeniczne z cytryną". Później długo nie mogłem znaleźć odpowiednika u nas, aż w końcu trochę doczytałem, poszukałem i udało się kupić Hoegaardena w Polsce. A że nie jestem wielkim fanem mocnej goryczki i uwielbiam nuty owocowe w piwie, Witbier jest w mojej czołówce "najulubieńszych" piw. Teraz z Wit-ami w polskich sklepach jest już mniejszy problem, ale nadal cena potrafi zaboleć, a skoro ma coś boleć to lepiej zrobić to we własnym zakresie.   No więc nabyłem zestaw składników i zabrałem się do roboty. Sobota, wieczór, dziecko śpi, żona pogodzona z armagedonem w kuchni, do dzieła! Kilka warek mam za sobą, mniej więcej wiem co robić, będzie dobrze. Pełen optymizmu zabieram się za zacieranie. Najpierw płatki pszeniczne, owsiane i kleikowanie. Ostrożnie mieszam, zaczyna się robić klasyczna owsianka, entuzjazm rośnie. Z owsianki zrobił się porządny glut, dodaję wody, dodaję słód, jest w porządku. Zacier dość gęsty, ale dziarsko mieszam i patrzę co się dzieje. Domyśliłem się, że zacieranie potrwa dłużej, bo enzymów ze słodu mniej a jednocześnie sporo skrobi z owsianki (pszeniczanki). Po około pół godziny w 63 stopniach zacier wyraźnie zrzedł, a po godzinie mieszałem w nim bez "kisielowego chlupotu". Podgrzałem do 72 stopni i po około 30 kolejnych minutach próba jodowa pokazała, że mogę filtrować. Jeszcze 10 minut dla pewności, mashout i chlup do fermentora z oplotem.   Wcześniej nie robiłem żadnego piwa z dodatkami niesłodowanymi, więc całość wyglądała zdziebko inaczej (bardziej gęsta, zawiesista, jakby trochę mniej młóta), naszły mnie wątpliwości, czy nic nie spartaczyłem, ale raz kozie śmierć, filtruję. Stop, poczekam pół godzinki aż młóto opadnie i dopiero przefiltruję. Po pół godziny, niestety niewiele opadło Całość wyglądała jak krochmal, ale twardo idę dalej. Spuściłem 4l zamulonej brzeczki, wlałem ją z powrotem do wiadra i leję resztę do docelowego garnka. Wszystko idzie ładnie, woda do wysładzania grzeje się na płycie, aż tu psikus. Oplot mi się zatkał. Po postukaniu się w głowę niczym Kubuś Puchatek, postanowiłem pojechać po bandzie, dolać większość wody do wysładzania do wiadra i porządnie całością zamieszać. Udało się, brzeczka płynie znowu, i nawet się nie zamuliła. Reszta wysładzania poszła gładko do momentu, kiedy zostały mi jeszcze jakieś 4 litry do zlania. Znów się ustrojstwo przytkało! Robiłem już Weizena i nie miałem takich numerów, a tu dwa razy pod rząd! Nakłuwanie i cięcie nożem na wiele się nie zdało (nóż prawie mi utknął w owsiance). Ponieważ dochodziła już północ, postanowiłem, że koniec z pieszczotami. Jeszcze raz dowaliłem całość wodą, zamieszałem tak, żeby cała owsianka się podniosła i bez ceregieli zlałem płyn razem z mułem. Nie będzie owsianka pluła mi w twarz!   No dobrze, jest samiuteńki początek niedzieli. mam jakieś 26-27 litrów całkiem przyzwoitej, lekko zamulonej brzeczki. Szybki pomiar i korekta temperatury mówi o 7 Blg. Jak się odparuje będzie 9-10 Blg, czyli ok, nie ma tragedii. Zabieram się za gotowanie. Z dołu dwa palniki płyty ceramicznej, z góry grzała 2kW i po 20 minutach mamy pierwsze oznaki wrzenia. W garze ląduje Marynka, a ja wreszcie mam chwilę na odsapnięcie. Po 50 minutach w garze ląduje kolendra potraktowana wałkiem (moździerz się rozbił) i curacao. Całość gotuje się jeszcze około 10 minut i wreszcie koniec. Ponieważ nie dorobiłem się chłodnicy jeszcze, garnek otrzymuje pokrywkę, a styk pokrywki z garnkiem owijam folią spożywczą. Niech sobie spokojnie stygnie przez noc. Ja dokończę flaszeczkę Milk Stout z poprzedniego urobku i mogę iść spać, jest 2:30.   Niedziela. Jakoś przez cały dzień brakowało mi czasu na zaopiekowanie się brzeczką. A do tego popełniłem błąd nie ściągając gara z płyty ceramicznej i trzymał skurczybyk temperaturę jak termos, co na pewno nie spodobało by się drożdżom. Czas znalazł się dopiero wieczorem. Brzeczka wylądowała w fermentorze z pomocą wężyka. Udało mi się cały zlany wczoraj muł zostawić na dnie razem z resztą śmieci. Dwie godzinki przy otwartym oknie (i oczywiście zamkniętej pokrywie fermentora) i mamy 28 stopni w środku. Uwadniam drożdże (zrobiłem to po raz pierwszy przy poprzedniej warce i widzę różnicę w starcie fermentacji), chlup do fermentora, zamykam szczelnie całość, rurka, woda i... Mogę uczcić kolejne dzieło Radegast-em, który zaplątał się w lodówce.   Jak już pisałem, dzisiaj, czyli w poniedziałek rano, całość ostro bulgotała, co zawsze cieszy, więc jestem dobrej myśli. Zobaczymy jak wszystko potoczy się dalej.   Po ochłonięciu po tej zabawie mam kilka przemyśleń. Po pierwsze, mam wrażenie, że curacao jest mało aromatyczne. Zobaczę jak to wyjdzie w gotowym piwie, ale kolejny Witbier będzie na pewno ze świeżymi skórkami pomarańczy. Po drugie, warzenie z niesłodowanymi dodatkami nie jest takie straszne, gdyby nie to filtrowanie, ale może coś uda mi się na przyszłość na to poradzić (choć jeszcze nie mam pojęcia co). A wreszcie po trzecie, muszę znaleźć jakąś dobrą zakąskę do Wit-a, a cholera zapomniałem co serwowali do niego w Wiedniu. Zerkałem oczywiście do Kuchni Piwowarki Agi, ale... sałatka? taka sama sałatka? do piwa? Coś muszę do niej dołożyć

zborek

zborek

 

Na start...

Start. Już kiedyś bawiłem się w pisanie, ale po pewnym czasie minęła wena i blogi padały. Zobaczę jak będzie z tym Mimo, że to powinien być "brewblog", będę sie starał pisać trochę szerzej. Głównie dlatego, że widzę jak dużo muszę się jeszcze nauczyć, żeby moje piwa były na prawdę dobre. Ale nic to, sprawia mi to tak dużo przyjemności, że nauka nie będzie problemem. A pisać chciałbym szerzej z prostej przyczyny: w moim przypadku "zabawa w piwo" jest tylko kawałkiem dużo większej układanki, która ma usunąć jak najwięcej nienaturalnie przetworzonych produktów z jadłospisu. Już kawałek czasu temu dotarło do mnie, że mnóstwo rzeczy serwowanych nam przez markety i "ułatwiających' nam życie jest tak przetworzona, że przestaje przypominać swoje pierwowzory. Nie trzeba daleko szukać: sery, wędliny, piwo, pieczywo, słodycze. Mimo kuszących nazw, nawet nie stały nigdy obok prawdziwych produktów. Więc powoli zacząłem próbować robić je w miarę naturalnie, na własną rękę. Daleko mi do przechwałek, bo wiele nauki i prób jeszcze przede mną, ale sprawia mi to dużo frajdy i na pewno będę próbował dalej. Mam nadzieję, że nie będę przynudzał i Was choś trochę zainteresuję. Zapraszam do czytania i trzymajcie kciuki, żeby nie przeszły mi chęci do pisania.

zborek

zborek

×